No i tak jak obiecałem. Wreszcie startujemy tzn. ja i bohaterowie mojej powieści "Game Over". Od dziś zaczynam publikować jej fragmenty. Będę się starał, aby regularnie przynajmniej raz na dwa tygodnie, poznawali Państwo kolejne odsłony afery G-Group, firmy windykacyjnej, której upadek wstrząsnął polskim sektorem finansowym. Wspólnie będziemy przedzierali się przez grube mury pilnie strzeżonych bankowych tajemnic, tajne kancelarie służb specjalnych, antypodsłuchowe pomieszczenia okazałych willi należących do miliarderów i zgłębiali to co od zawsze rekony finansjery chciały ukryć przed opinią publiczną. Podróże poprowadzą nas przez Polskę, do Szwajcarii, Francji, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych, a na Gwatemali kończąc. Będzie krew, seks i wielkie pieniądze...

I jeszcze jedno: jakakolwiek zbieżność wydarzeń, czy osób występujących w powieści jest całkowicie przypadkowa:) Proszę o tym pamiętać!:)

Dobrej lektury!!!!

 

Kim jest Kamil Kęska?

rocznik 1973, absolwent Szkoły Głównej Handlowej. 

Jeszcze na studiach rozpoczyna pierwszą pracę. Ma dwadzieścia kilka lat. Do Polskiego Banku Handlu sprowadza go ówczesny wpływowy prezes tej instytucji Ludwik Sas, który szybko staje się jego mentorem. W 2002 r. Sas staje na czele Zakładu Reasekuracji i Ubezpieczeń (ZRiU). Dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że do pracy ściąga Kęskę. Kluczowym projektem jest prywatyzacja. Sas z Kęską biorą udział w sprzedaży przedsiębiorstwa zagranicznemu inwestorowi. Sprawa budzi bardzo wiele wątpliwości. Badają ją służby specjalne, prokuratura, a także sejmowa komisja śledcza. Żaden nie usłyszy jednak zarzutów. Sprawa rozchodzi się po kościach. 

W czasie prywatyzacji ZRiU Kęska poznaje trzynaście lat starszego pochodzącego z Lublina Marka Lesczyńskiego (rocznik 1960, na początku swojej drogi biznesowej zmienił nazwisko Leszczyńki na Lesczyński, absolwent filozofii na KUL). To bardzo ciekawa postać. Ojciec był wojskowym, matka pracownikiem KW PZPR w Lublinie. Sam Lesczyński pierwsze kroki w biznesie stawiał w lubelskim banku Daniela Bogutyna. Gdy bank upadł, założył firmę dewloperską Polski Dom. Początkowo budował osiedla w Lublinie, z czasem swoją działalność rozszerzył na inne miasta - Warszawa, Gdańsk, Wrocław. Jednocześnie w ciagu kilku lat stworzył Polski Bank Budownictwa. W ten sposób stworzył grupę finansową specjalizującą się w branży budowlano-dewloperskiej. Z czasem wszedł na giełdę i rozwinął działalność. Od lat plasuje się w pierwszej 15. najbogatszych Polaków.

Gdy w 2005 i 2006 r. udział Kęski w prywatyzacji ZRiU był badany przez organy ścigania i sejmową komisję śledczą, Lesczyński wyciągnął do niego pomocną dłoń (Kęska i Lesczyński są miłośnikami sportów ekstremalnych, szczególnie skoków spadochronowych. Obydwaj posiadają licencje pilota). Zatrudnił go w swojej grupie jako jednego z głównych menadżerów. To właśnie Kęska stał się twórcą i szefem G-Group, firmy windykacyjnej, która przebojem wdarła się na rynek osiągając błyskawiczny sukces. W 2015 r. Lesczyński sprzedał firmę za miliard złotych amerykańskiemu funduszowi. Mimo transakcji Kęska pozostał prezesem. Stanowisko stracił w maju 2018 r. Wówczas było już wiadomo, że G-Group to wydmuszka. Z firmy wypompowano miliardy złotych. Prokuratura i CBA badają sprawę.

Zatrzymanie - Game Over (cz. 1)

7 czerwica 2018 r. Godz. 13.40

-Kurwa. Ja pierdole - przeklął w myślach Kamil Kęska kręcąc się nerwowo w fotelu klasy biznes Swiss Air zmierzającego w kierunku lotniska Chopina w Warszawie. Kilka minut temu w maszynie włączyła się sygnalizacja zapiąć pasy. Do lądowania pozostał maksymalnie kwadrans. Dla Kęski, jednego z najbardziej rozpoznawalnych ostatnio polskich menadżerów, nie była to łatwa podróż. Ponad dwanaście godzin był w powietrzu. Najpierw długi lot przez Atlantyk do Zurichu, a potem przesiadka do Warszawy. Nie mógł zmrużyć oka. Nie był w stanie. Wszystko przez napięcie i stres, który tylko wzmógł się po krótkiej informacji jaką odebrał na szwajcarskim lotnisku. „Komitet powitalny już czeka”. Taka wiadomość wyświetliła się na jednym z popularnych komunikatorów używanych przez Kęskę. Po minucie zniknęła. Od dawna miał ustawioną taką opcję. Numer, z którego przyszła złowieszcza informacja był mu doskonale znany. Lot z Zurichu do Warszawy trwał niecałe dwie godziny. Kęska siedział jak na szpilkach. Nie pomagały uśmiechy pięknych szwajcarskich stewardess obsługujących business class. Nawet na chwilę nie ukoiło to jego skołatanych od wielu miesięcy nerwów. Kęska nie mógł odpędzić od siebie myśli, że coś przeoczył. O czymś zapomniał. Gdzieś popełnił błąd. Może mógł to rozegrać inaczej. Myślami wrócił do pewnej rozmowy sprzed kilku lat w malowniczo położonym pałacyku w jednym z winnych regionów Francji.

-Burzę możesz przeczekać w Gwatemali, na naszym ranczu. Sam wiesz niczego ci tam nie zabraknie, o rodzinę też się nie martw - powiedział człowiek, który od lat uchodził nad Wisłą za synonim biznesowego sukcesu. Jego nazwisko co roku znajdowało się w czołówce, rankingów najbogatszych Polaków. Kęska do dziś doskonale pamiętał tę rozmowę. -Do Polski będziesz mógł wrócić po kilku latach. Będziesz już wtedy bardzo bogatym człowiekiem - dźwięczały mu w uszach słowa rozmówcy. Kęska w głębi serca uważał się za patriotę, ale nigdy nie rozumiał jak można poświęcić życie w walce o Ojczyznę. Jednak faktycznie liczyło się dla niego jedno: odpowiednia ilość zer na koncie. Był wyznawcą zasady, że rządzi ten kto ma pieniądze. Pewnie więc dlatego zdecydował się na udział w dealu życia, bądź jak kto woli aferze dziesięciolecia. Jak zwał tak zwał. Dla Kęski najważniejsza była kasa.

Kilka tygodni temu w atmosferze skandalu został odwołany ze stanowiska prezesa zarządu G-Group, notowanej na giełdzie firmy windykacyjnej, która przebojem wydarła duży fragment tego bardzo trudnego rynku. Transakcje stworzonej przez niego firmy na czynniki pierwsze zaczął rozkładać specjalny zespół prokuratorów i agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. On sam brylował w mediach robiąc dobrą minę do złej gry. Przekonywał, że trzyma rękę na pulsie i poszukuje zagranicznego inwestora zainteresowanego uratowaniem przed upadkiem G-Group. W tym medialnym szoł wspierała go sowicie opłacana agencja PR KDWD, czyli „Każdemu Damy W Dupę” jak lubili rozwijać ten skrót przy szklaneczce dobrej szkockiej dwaj jej właściciele - Konrad Daszyński i Waldek Dąbkowski. Ich rola w całym przedstawieniu była bardzo ważna. Kęska był przekonany, że obydwaj PR-owcy doskonale ją odegrają. W końcu na współpracy z nim i jego mocodawcami sporo już zarobili, ale dopiero pula jaką mogą zgarnąć stała się dla nich odpowiednią motywacją. 

Odwołanie Kęski z fotela prezesa zarządu G-Group nie był wprawdzie elementem misternego planu, ale menadżer zakładał, że do takiej sytuacji może dojść. Robił wszystko co mu kazano. Zgodnie z przygotowaną wiele miesięcy temu strategią. Przy okazji pozwolił sobie na kilka samodzielnych ruchów. W końcu on też chciał być zabezpieczony, nie tylko finansowo. Teraz miał przed sobą diabelnie trudne zadanie. Podczas kilkunastodniowego pobytu w okazałej rezydencji na Florydzie, setki razy powtarzał swoją kwestię. Dzielił się wątpliwościami. Radził. Do dyspozycji miał najlepszych z najlepszych ekspertów specjalizujących się w psychologii, finansach, strategii i analizie informacji. Z rad niektórych korzystali wpływowi amerykańscy politycy, a nawet jeden z prezydentów. Jego mocodawcy spisali się. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszych detalach. Przeanalizowano wszelkie możliwe scenariusz. Nic nie pozostawiano przypadkowi. Żadna wpadka nie wchodziła w grę. Zbyt dużo wpływowych osób było w to zaangażowanych. 

Myśli Kęski przerwał dźwięk wysuwanego podwozia samoloty. Menadżer znowu nerwowo poluzował swój jedwabny, ręcznie robiony krawat brioniego. Mimo klimatyzacji, krople potu na jego czole nie ustępowały. Zamknął oczy.  

***

Wyjście z samolotu zajęło Kęsce kilka minut. W klapie sportowej marynarki jak zwykle miał wpięte dwie skrzyżowane ze sobą flagi - Polski i Stanów Zjednoczonych. Znaczek miał symbolizować przyjaźń polsko-amerykańską. Prosty przekaz podprogowy - jak tłumaczyli mu kiedyś właściciele agencji KDWD - „chronią cię Amerykanie, być może nawet sama CIA”. Kęska lubił uchodzić za człowiek poukładanego za Atlantykiem. Stąd jako prezes G-Group nie szczędził pieniędzy na opłatę wykładów emerytowanych przedstawicieli tamtejszych służb specjalnych. Jednego, byłego marines, polskiego pochodzenia zatrudnił nawet jako szefa swojej ochrony. To właśnie on miał dbać o jego bezpieczeństwo i był ważnym elementem planu. 

Kęska ruszył przez rękaw prowadzący do hali lotniska Chopina w Warszawie. Gdy przechodził obok jednego ze sklepów podeszło do niego dwóch mężczyzn. -Pan Kamil Kęska? - zapytał ten młodszy, wyglądający może na trzydzieści lat. Menadżer potwierdził. Szybko inicjatywę przejął ten drugi, na oko dziesięć lat starszy od kolegi. Z kieszeni spodni wyciągnął legitymację. -Centralne Biuro Antykorupcyjne. Jest pan zatrzymany. Przewieziemy pana do prokuratury, gdzie usłyszy pan zarzuty - powiedział spokojnie.. 

„Wszystko według planu” - pomyślał Kęska, idąc z dwójką agentów CBA. Mimo pozornego spokoju myślał, że serce wyskoczy mu z piersi. W końcu nigdy wcześniej nie był zatrzymany. Nigdy nie usłyszał też zarzutów. Na koncie nie miał nawet mandatów za złe parkowanie.

***

Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej mieści się przy ul. Ostroroga w Warszawie. Tuż przy cmentarzy powązkowskim…..

CDN

 

 

 

Czekam  na wszelkie sugestie, uwagi i opinie pod adresem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.! Powieść jest w trakcie tworzenia, a alternatywnych scenariuszy może być wiele.